Bez wyjścia
Cześć, witam Was ponownie moi
kochani.
Niejednokrotnie już Wam wspominałam,
że w książkach oprócz rozrywki, szukam ukrytego przekazu. W najnowszej książce
Przemysława Piotrowskiego szukałam chyba li tylko rozrywki. Pechowo dla tej
książki złożyło się, że wcześniej
czytałam thriller, który wcisnął mnie w fotel i nadal, gdzieś tkwi w mojej
głowie, dlatego na jej tle „Matnia” wypadła średnio. Nie wiem, czy tą opinią
krzywdzę autora, czy faktycznie tak jest. Nie czytałam pozostałych książek,
które napisał, więc nie mam porównania, czy jest lepsza, czy gorsza. Wydaje mi
się, że thriller jakich wiele, ale jednak dał mi do myślenia i to już jest
wielki plus tej książki, który znacznie podwyższył moją ocenę. Autor prowadzi narrację z perspektywy
kobiety, ale sądzę, że przekazał w niej zdanie mężczyzn o nas, kobietach. Jak jesteśmy naiwne, łatwowierne.
Jak odczuwamy
potrzebę posiadania obrońcy o osobie mężczyzny, który ma nas strzec i chronić
przed grożącym niebezpieczeństwem.
A co jeżeli ten mężczyzna właśnie jest największym zagrożeniem, którego nie
widzimy lub zwyczajnie nie chcemy widzieć. Przerażające, że tak nas postrzegają
sami mężczyźni, jako łatwą do upolowania i osaczenia zwierzynę. Na szczęście
nie wszyscy tacy są.
To moje zupełnie własne odczucia
odnośnie tej książki, autor chciał zaprezentować zupełnie inny problem, z
którym miał wcześniej styczność i nie dawał mu spokoju. Napisał o tym książkę,
żeby dać do myślenia, wstrząsnąć czytelnikiem. Ostrzec, ale czy ludzie, którzy
się tym zajmują, przejmą się tym, że Pan Przemysław Piotrowski postanowił o tym
napisać. Sądzę, że nie, ale trzeba o tym mówić i mówić głośno. Brawo Panie
Przemysławie, że miał Pan odwagę poruszyć ten temat, o którym bardzo mało się
pisze i mówi. Dlatego, jeżeli mam małe zastrzeżenia do samej fabuły i kilku niedociągnięć, które dostrzegłam, a z
racji, że nie chcę spojlerować, nie będę o nich pisać, to bardzo poruszył mnie opisany temat i
chociaż właśnie z tego powodu warto sięgnąć po tę książkę.
Przemysław Piotrowski – Matnia – Premiera 11 sierpnia
2021
Z cyklu Blog Książki Haliny przedstawia i poleca
*RECENZJA PRZEDPREMIEROWA*
Bez wyjścia
„Nie chcę o tym myśleć. Z każdym kolejnym mijanym
drzewem oddalam się od tego, co było, i przybliżałam do tego, co będzie.
Przeszłość zostawiam za sobą, od teraz liczy się tylko teraźniejszość i
przyszłość”.
Bardzo zaskoczył
mnie fakt, że znany z brutalnej i mrocznej trylogii o Igorze Brudnym autor
postanowił do czytelnika przemówić głosem kobiety. Zastanawiałam się, czy
autora nie przerośnie, prowadzenie narracji z takiego punktu widzenia. Moim
zdaniem świetnie oddał
kobiece emocje, wątpliwości, nieporadność, a potem hart ducha i wolę
walki. Powoli rozwijającą się akcją,
spokojną i melancholijną atmosferą, która jest jednak niepokojąca, Piotrowski powoli wchodzi w
historię. Początek to od razu klimat grozy, z którego czytelnik budzi się wraz
z bohaterką. Zuza z poprzedniego związku, wychodzi poraniona psychicznie z
długami i przy nadziei, ale poznaje kolejnego mężczyznę, który wydaje się być
idealny. Tak bardzo chce być kochana i szczęśliwa, że potrafi sobie wytłumaczyć
każde niewłaściwe słowo i zachowanie partnera. Uzależnia się od niego dosłownie
i w przenośni. Psychicznie i finansowo, bo Marek zapewnia jej także lokum do
mieszkania. Miejsce pozornie idealne. Z dala od szumu i stresującego wyścigu
szczurów, spokojne i sielskie, które ma swoją drugą, mroczną stronę, pełną
tajemnic i niedomówień.
W pewnym momencie w
głowie Zuzy włącza się alarm, ale ona znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Nie
ma mieszkania, pieniędzy, rodziny i jest dodatkowo nękana przez typów spod
ciemnej gwiazdy. Po wyjeździe Marka do pracy za granicą Zuza czuje się
osamotniona i przerażona. Próby nawiązania kontaktu z mieszkańcami wsi
znajdującej się na końcu świata przy ukraińskiej granicy, gdzie wywiózł ją
ukochany, nie przynoszą rezultatu. Nikt w Toporzycach nie chce z nią rozmawiać, a o bliższych kontaktach
nawet nie ma nawet mowy. Traktują ją z
dystansem i wrogością. Dziewczynę zaczynają dręczyć coraz większe wątpliwości,
odczuwa paniczny strach potęgowany niespodziewanymi wizytami sołtysa,
niepełnosprawnego Jasia, który usiłuje jej coś przekazać oraz watahą dzików
szukających pożywienia.
Jedynym jej wsparciem
jest przyjaciółka z lat dziecięcych, Agata, która dodaje jej otuchy i uspokaja.
Próbuje rozpędzić gromadzące się nad dziewczyną czarne chmury, buzujące w niej
emocje i narastającą panikę. Wszystko jednak zmienia wizyta Zuzy na cmentarzu i
to, co tam odkryła. Od tej chwili akcja toczy się już jak po równi pochyłej,
coraz szybciej.
Chyba od samego początku miałam przeczucie, w jakim
kierunku ta historia zmierza, chociaż nie przeszkadzało mi to w lekturze. Nie
jest, to może powieść grozy, ale autor poruszył tu niezwykle ważny wątek, o
którym wspomina jeszcze w posłowiu i za to ogromny plus. Udało się autorowi
oddać sposób myślenia i emocje kobiety, co też zasługuje na pochwałę. Wspaniale
wykreował postaci i charaktery mieszkańców małej zapyziałej wsi. Dokładne opisy
przyrody i atmosfery małej miejscowości pozwoliły mi wczuć się w sytuację Zuzy,
która bała się już nawet własnego cienia, ale za to w końcówce wykazała się
niezwykłym hartem ducha i odwagą. Chwilami przeszkadzały mi przydługie opisy,
przegadane powroty do przeszłości przyjaciółek i parę drobnych niedociągnięć,
ale nie mogę o nich wspominać bez zdradzania fabuły. Podobało mi się bardzo
dobrze rozbudowane tło obyczajowe, budowane długo i powoli napięcie oraz mocne
i brawurowe zakończenie.
Temat poruszony w
powieści, bardzo ciekawy i ważny. Tylko, czy osoby, które powinny, wyciągną
sobie z tej historii wnioski i potraktują ją, jako przestrogę?
Można nakręcić
mnóstwo filmów, napisać mnóstwo książek i wciąż o tym mówić, a kobiety i tak
pakują się w związki bez przyszłości z podejrzanymi mężczyznami. Nabierają się
na miłą aparycję, ładne słówka, nienaganne maniery. Ignorują ostrzegawcze
sygnały, pomijają niepokojące symptomy, tłumacząc sobie wszystko ogromnym
szczęściem, jakie je spotkało. Zaślepione miłością wpadają w pułapkę niczym
śliwka w kompot. Krok po kroku dają uśpić swoją czujność, pozwalają ograniczyć
swoją wolność, stają się bezwolne i uległe. Zwłaszcza wtedy, gdy poprzednie
związki kończyły się katastrofą, liczą, że ten będzie już wspaniały i
szczęśliwy.
Słowa autora na
końcu przemówiły do mnie bardziej niż cała powieść. W epilogu jest zapowiedź
małej niespodzianki. Jakiej? Czytelnik
dowiaduje się po przeczytaniu książki.
„Tu nikt od życia nie
oczekuje zbyt wiele. Tutaj życie toczy się powoli”.

Komentarze
Prześlij komentarz