O TYM, CO KRYŁO SIĘ ZA FASADĄ SZCZĘŚCIA
𝘗𝘰𝘯𝘪𝘦𝘥𝘻𝘪𝘢ł𝘦𝘬 𝟤𝟫-𝟢𝟨-𝟤𝟢𝟤𝟨
*ℝ𝔼ℂ𝔼ℕℤ𝕁𝔸*
________________
𝑍𝑎𝑡𝑟𝑢𝑡𝑎
𝑘𝑟𝑒𝑤 to druga część cyklu 𝑇𝑎𝑗𝑒𝑚𝑛𝑖𝑐𝑒
𝑧𝑏𝑟𝑜𝑑𝑛𝑖, inspirowanego
prawdziwymi wydarzeniami. Choć obie powieści łączy motyw zbrodni, autorka
opowiada o nich w zupełnie inny sposób. W 𝑀𝑎𝑟𝑡𝑤𝑦𝑐ℎ
𝑘𝑤𝑖𝑎𝑡𝑎𝑐ℎ od pierwszych
stron towarzyszyłam śledczym w intensywnym poszukiwaniu sprawcy. Marta Reich
umiejętnie podsuwała mylne tropy i prowadziła mnie w ślepe zaułki, by dopiero
na końcu odsłonić całą prawdę. Dzięki temu mogłam poczuć emocje, jakie zapewne
towarzyszyły osobom badającym jedną z najgłośniejszych spraw tamtych lat. 𝑍𝑎𝑡𝑟𝑢𝑡𝑎
𝑘𝑟𝑒𝑤 ma zupełnie inny charakter. Tym razem nie
zaskakuje sam sprawca, ponieważ od początku wiadomo, kto dopuścił się zbrodni.
Najbardziej poruszyła mnie jednak bezsilność wobec opieszałości wymiaru
sprawiedliwości. Trudno mi było uwierzyć, że tyle czasu minęło, zanim morderca
poniósł konsekwencje swojego czynu. Bardzo spodobał mi się sposób, w jaki Marta
Reich poprowadziła tę historię. Przeplatała wydarzenia związane z tragiczną
śmiercią z chwilami z przeszłości, pokazując, jak narodziła się relacja
bohaterów. Jednocześnie intrygująco przedstawiła postać Bartka, mordercy
prowadzącego podwójne życie. Dzięki temu mogłam spojrzeć na niego nie tylko
przez pryzmat popełnionej zbrodni, ale także poznać jego codzienność i to,
jakim był człowiekiem. Co myślał? Jak postrzegał świat? Ten kontrast między
szczęśliwymi wspomnieniami a tragicznymi wydarzeniami sprawił, że historia
stała się jeszcze bardziej poruszająca i do końca trzymała mnie w napięciu.
ᴢ ᴄʏᴋʟᴜ ʜᴀʟɪɴᴀ ᴘʀᴢᴇᴄᴢʏᴛᴀᴌᴀ ɪ ʙᴀʀᴅᴢᴏ ᴘᴏʟᴇᴄᴀ:
_______________________________________________________________
Tuż
przed Bożym Narodzeniem Bartłomiej Zając dzwoni na pogotowie z informacją, że
jego żona zmarła. Poprzedniego dnia razem położyli się spać, ale ona już się
nie obudziła. Bartek jest ratownikiem medycznym, więc doskonale wie, że na
pomoc jest już za późno, a przyjazd karetki to jedynie formalność. Potrzebny
jest lekarz, który oficjalnie stwierdzi zgon.
Na
miejsce przyjeżdża jego koleżanka z pracy. Bartek liczy na to, że nie będzie
robiła problemów i nie zleci sekcji zwłok, jeśli odpowiednio ją o to poprosi.
Święta są już tuż, tuż. A on nie chce, by dzieci oglądały ciało matki, tylko
szybkie wystawienie aktu zgonu pozwoli mu bez przeszkód zorganizować pogrzeb
jeszcze przed Bożym Narodzeniem.
Lekarka
początkowo ulega jego namowom i wystawia dokument zgodnie z jego oczekiwaniami.
Jednak pod wpływem wątpliwości kolegi z zespołu wraca i zmienia swoją decyzję.
Tak nagła śmierć młodej, zdrowej kobiety powinna zostać wyjaśniona podczas
sekcji zwłok.
Bartek
nie potrafi ukryć rozczarowania i złości na koleżankę. Wkrótce do domu
przyjeżdżają patolog oraz prokurator. Patolog przekonuje młodego śledczego, że
w swojej pracy widział już wiele podobnych przypadków i nagły zgon młodej
kobiety nie jest niczym niezwykłym. Dodaje, że prokurator ma zapewne wiele
ważniejszych spraw, więc nie warto niepotrzebnie tracić czasu.
Choć
prokurator ma sporo wątpliwości, ostatecznie ulega tej argumentacji. Na jego
biurku piętrzą się akta, zbliża się koniec roku, dlatego podejmuje decyzję o
odstąpieniu od sekcji zwłok Małgorzaty Zając. Tym bardziej że patolog doskonale
zna Bartka, od lat obracają się przecież w tym samym środowisku.
W
międzyczasie Marta Reich opisuje prawdopodobną historię związku Małgosi i
Bartka. Pokazuje, jak mężczyzna niczym pająk powoli oplatał swoją siecią
zakompleksioną dziewczynę. Jak łatwo udało mu się ją omamić, podobnie zresztą
jak cała jej rodzina. Nikt nie dostrzegł czerwonych flag ani zagrożenia.
Zakochana bez pamięci Małgosia wierzyła we wszystko, co mówił jej ukochany.
Nawet wtedy, gdy przekonywał ją, że kobieta, która ją zaczepiła, jest wariatką
i wszystko sobie wymyśliła.
Rodzina
również długo nie dostrzegała, że Bartek jest świetnym manipulatorem, a
Małgosia nie kwestionowała żadnego jego słowa. Być może matka Małgosi widziała,
że nie jest tak idealny, za jakiego chciał uchodzić, ale wciąż potrafiła go
usprawiedliwiać. Broniła go niczym lwica i nie chciała słyszeć żadnych
niepochlebnych opinii na jego temat. Nie wierzyła plotkom i zawsze znajdowała
dla niego wytłumaczenie.
Znacznie
bardziej sceptyczna była Monika. Nie darzyła przyszłego szwagra sympatią,
zresztą z wzajemnością. Coś jej w nim nie pasowało, wyczuwała fałsz, ale nie
miała żadnych dowodów, które potwierdziłyby jej obawy. A same przeczucia były
zbyt słabym argumentem, by przekonać do czegokolwiek matkę i siostrę.
Dopiero
po śmierci Małgosi jej matka zaczęła dostrzegać, że Bartek jest zupełnie innym
człowiekiem, niż myślała wcześniej. Bił od niego dziwny chłód i obojętność,
których wcześniej nie chciała albo nie potrafiła zauważyć.
Monika
nie była tym zaskoczona. Dla niej Bartek od początku był jedynie idealnie
wykreowanym obrazkiem. Śliskim, wymykającym się jednoznacznej ocenie. Miała
wrażenie, że nigdy nie pokazał swojej prawdziwej twarzy. Niestety Małgosia była
w nim zakochana bez pamięci i nie dopuszczała do siebie myśli, że ukochany może
ją oszukiwać. Nie pozwalała powiedzieć o nim złego słowa.
Najbardziej
porażająca w tej historii była dla mnie opieszałość śledczych. Trudno uwierzyć,
że tak wiele oczywistych sygnałów zostało zlekceważonych. Wszystko wskazywało
na to, że w tej sprawie coś jest nie tak, a mimo to kolejne osoby zdawały się
przymykać na to oczy.
Jeszcze
bardziej szokowało mnie środowisko, które stanęło murem za człowiekiem ze
swoich kręgów. Zamiast dążyć do rzetelnego wyjaśnienia sprawy i rozwiania
wszelkich wątpliwości, wywierano nacisk na prokuratora, który ostatecznie temu
uległ. Sprawę zamknięto tak szybko, jak tylko było to możliwe. W efekcie osoba
odpowiedzialna za śmierć Małgosi przez długi czas mogła czuć się bezkarna.
Gdy
w prokuraturze pojawiają się siostra i matka denatki, prokurator zaczyna
uważniej przyglądać się sprawie. Ich wątpliwości sprawiają, że dostrzega
szczegóły, które wcześniej zostały zlekceważone. Kobiety kategorycznie domagają
się rzetelnego dochodzenia, ponieważ nie wierzą, że Małgosia zmarła we śnie,
choć w tamtym momencie jeszcze nie podejrzewają Bartka.
Wyniki
badań toksykologicznych krwi denatki, pozwalają otworzyć sprawę na nowo, mimo
że od jej śmierci minął już rok. Bartek, czując się coraz pewniej, idzie w
zaparte. Wie, że po takim czasie trudno będzie organom ścigania udowodnić mu
winę. Jest bezczelny i pewny siebie. Żyje swobodnie i niczym się nie przejmuje.
Opiekę nad dziećmi w dużej mierze przejmują dziadkowie i ciotki. Na każdy
zarzut ma gotową odpowiedź. Wciąż są to jedynie poszlaki, choć prokurator coraz
wyraźniej czuje, że to on mógł z premedytacją odebrać życie żonie. Jednak jego
przekonanie nie stanowi jeszcze dowodu. Bartek patrzy im w oczy i nawet nie
próbuje ukrywać swojej pogardy. Jakby wiedział, że wciąż jest poza ich
zasięgiem.
Bartłomiej
Zając to przykład wyrachowanego psychopaty, który z uśmiechem na twarzy
zaaplikował rzekomo ukochanej żonie, matce swoich dzieci, truciznę, a potem
spokojnie zasiadł w fotelu i zasnął. Wszystko zaplanował z zimną krwią. Potwór
w ludzkiej skórze wolał zabić, zamiast się rozwieść, bo tak było mu wygodnie.
Wybrał zabójstwo zamiast cywilizowanego rozwiązania. Przez długi czas
pozostawał bezkarny i do końca nie przyznał się do winy, zanim w końcu trafił
tam, gdzie jego miejsce.
Patrząc
z perspektywy czasu, trudno nie zadać sobie pytania, czy Małgosię dało się
uratować. Bezgranicznie ufała człowiekowi, który stopniowo odbierał jej
zdolność trzeźwej oceny sytuacji. Miała przy sobie kochającą rodzinę, ale nawet
jej wsparcie okazało się zbyt słabe w starciu z manipulacją, której była
poddawana. Bartek nie mógł znieść tej rodzinnej bliskości. Pogardzał nimi
wszystkimi, choć potrafił to doskonale ukrywać.
Na
koniec pozostaje jeszcze jedno pytanie: kto tak naprawdę miał bardziej zatrutą
krew, ofiara czy jej morderca?
𝑍𝑎𝑡𝑟𝑢𝑡𝑎
𝑘𝑟𝑒𝑤 od pierwszych stron wprowadzała niepokój,
nie przez brutalność, ale przez to, jak bardzo Marta Reich uświadamiała, że
człowiek, którego znamy, może skrywać zupełnie inne oblicze. To właśnie dlatego
ta historia nie skończyła się dla mnie wraz z ostatnim rozdziałem. Największe
wrażenie zrobił na mnie fakt, że historia została zainspirowana prawdziwymi
wydarzeniami. To właśnie świadomość, że podobny dramat rozegrał się naprawdę,
sprawiała, że kolejne rozdziały czytałam z coraz większym przejęciem. Autorka
nie skupiła się wyłącznie na samej zbrodni. Równie ważne są dla niej emocje,
relacje rodzinne, mechanizmy manipulacji oraz obsesyjne dbanie o pozory.
Pokazuje, jak łatwo stworzyć obraz idealnego życia i jak trudno dostrzec to, co
dzieje się za zamkniętymi drzwiami.
Bardzo
doceniłam też psychologiczne podejście do bohaterów. Marta Reich nie odkrywa
wszystkiego od razu, tylko powoli buduje obraz sytuacji, dokładnie dozując
informacje. Z każdą stroną napięcie rosło, a ja coraz mocniej czułam niepewność
i brak jednoznacznych odpowiedzi. To nie jest kryminał oparty na szybkim tempie
wydarzeń. Najważniejsze są tu emocje, niedopowiedzenia i wrażenie, że prawda
jest blisko, ale wciąż wymyka się z rąk.
𝑍𝑎𝑡𝑟𝑢𝑡𝑎
𝑘𝑟𝑒𝑤 to historia o zaufaniu, które może okazać
się złudne, o ludziach ukrywających swoje prawdziwe oblicze i o próbie dojścia
do sprawiedliwości, nawet wtedy, gdy wydaje się to trudne albo wręcz
niemożliwe. To także książka, która zostawia po sobie sporo pytań i skłania do
zastanowienia się, jak często oceniamy innych tylko na podstawie tego, co chcą
nam pokazać.
Dziś
już z Wami się żegnam, życząc dobrego popołudnia i spokojnego wieczoru.
ʜᴀʟɪɴᴀ
__________________________________
Współpraca barterowa Wydawnictwo Prószyński
i S-ka
Marta Reich
__________________________________
Autor: Marta Reich
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 392
Gatunek: obyczajowo kryminalna
Data premiery: 28 kwietnia 2026
Moja ocena: 09
/10

Komentarze
Prześlij komentarz